Dałyśmy się wyrolować

roller do masażu twarzy
Fot. @solarislabny

Zagadka. Co to jest: mały, fotogeniczny i znajdziesz go na profilu każdej szanującej się instargramerki (podpowiem, że nie nie chodzi o buldoga francuskiego)? Tak! Roller do twarzy! 

Moja przygoda z kamiennym rollerem do twarzy rozpoczęła się kilka miesięcy temu, kiedy po raz pierwszy zakupiłam ten oto przepiękny (w moim przypadku oczywiście różowy) przedmiot. Przyznam szczerze, że nabyłam go wyłącznie po to, by dołączył do mojej licznej kolekcji rzeczy pięknych, lecz niekoniecznie używanych. Śliczny, różowy gadżet cieszył moje oko leżąc uroczo wieczorową porą na marmurowym blacie nocnej szafki, zaś w ciągu dnia dzielnie pracował ozdabiając moje produktowe flat lay’e na Instagram. Ale żeby się nim od razu rolować? Hmm, to chyba nie dla mnie. Wieczorna rutyna w azjatyckim 10-stopniowym stylu już bez tego zajmowała mi jakieś dwadzieścia minut, więc spędzenie dodatkowych dziesięciu na walcowaniu twarzy na prawo i lewo nie brzmiało zbyt zachęcająco. No ale skoro już wszyscy wokół się rolują, to i ja dam się w to wrolować. 

Roller jadeitowy, 49,90 zł

KUP

Roller kwarcowy, 49,90 zł

KUP

Zanim jeszcze chwyciłam roller w dłoń, postanowiłam przekopać się przez Internet w poszukiwaniu rzetelnych badań naukowych, potwierdzających ich pielęgnacyjne super moce. Ku mojemu rozczarowaniu, nie znalazłam satysfakcjonujących wyników! Napisano za to sporo o długiej historii wałeczków do masażu i ich szerokim zastosowaniu w tradycyjnej medycynie chińskiej. Napisano także sporo o wręcz „magicznym” działaniu wałeczków, które jest im przypisywane w związku z wiarą w pozafizyczne właściwości kamieni szlachetnych: jadeitu i kwarcu, z których najczęściej wykonane są rollery. Jadeit nazywany jest „kamieniem młodości”, a kwarc – „kamieniem miłości”. Brzmi fascynująco, ale ze względu na mój sceptycyzm odnośnie energetycznych mocy kamieni, skupię się tylko na efektach, które ja – człowiek Zachodu – widzi gołym okiem. 

Mój pierwszy raz

Efekty, ku mojemu zaskoczeniu, są widoczne i to już po pierwszym rolowaniu! Już po kilku pociągnięciach kwarcowego cuda zauważyłam zmniejszenie obrzęków, szczególnie w okolicy oczu. Magia? Raczej zasługa chłodu wydzielanego przez kamień kwarcowy. Zimno dodatkowo zmniejsza widoczność porów, dzięki czemu skóra momentalnie ma równiejszy, zdrowszy koloryt. Po kilkuminutowym rolowaniu skóra twarzy wydaje się bardzo zrelaksowana, a mięśnie twarzy rozluźnione. Uczucie niezwykłe. Jakby zimnym żelazkiem wyprasować tkaninę skóry, na której przez cały dzień miliony emocji pozostawiło swoje ślady w formie zagnieceń i zmarszczek. Muszę przyznać, że to cudowne uczucie nie różni się wiele od tego, które pamiętam po godzinnym japońskim masażu twarzy. Teraz mogę to mieć codziennie, bez wychodzenia z domu.

Poprawnie wykonany masaż twarzy rollerem („poprawnie” znaczy z dbałością o kierunek wykonywanych ruchów) ma działanie drenujące, dzięki czemu pozbywamy się nadmiaru zalegającej limfy. Dodatkowym działaniem rollera jest zwiększenie poziomu wchłanialności substancji aktywnych z kosmetyków poprzez poprawę krążenia. Dlatego też rolling warto wykonywać na wilgotnej skórze z poślizgiem w formie serum czy olejku. 

Warto czy nie warto?

Czy moje cienie pod oczami zniknęły, zmarszczki trwale „rozprasowały”, a owal twarzy napiął się jak po liftingu złotymi nićmi? Niekoniecznie. Czy moje życie poprzez rolowanie kwarcem jest teraz pełniejsze miłości? Tak, miłości do mojej skóry, która odwdzięcza się pięknie za każdym razem, gdy potraktuję ją z czułością. Sceptyczny człowiek Zachodu oświadcza więc, że roller do twarzy wart jest zachodu.

P.S. Do mojej kolekcji niedawno dołączył kolejny, tym razem marmurowy masażer w kolorze białym (zakupiony za 5 funtów w gadżetowej sieciówce Flying Tiger), by jeszcze lepiej komponował się z moim marmurowym stolikiem nocnym i kontentem na Insta w stylu #whitetheme. 

Najczęściej czytane

Polecane artykuły